Dyskusyjny Klub Filmowy Powiększenie

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” LUTY 2017

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

PATERSON

13.02.2017

19.00

118 MIN

2

„PRZEŁĘCZ OCALONYCH”

20.02.2017

19.00

131MIN

3

„SULLY”

27.02.2017

19.00

96 MIN

 

„PATERSON”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Jim Jarmusch

Scenariusz - Jim Jarmusch

Zdjęcia - Frederick Elmes

Muzyka - Sqürl

Montaż - Affonso Gonçalves

Dźwięk - Robert Hein

Scenografia - Mark Friedberg

Adam Driver – Paterson

Golshifteh Farahani – Laura

Barry Shabaka Henley- Doc

Chasten Harmon – Marie

William Jackson Harper – Everett

Masatoshi Nagase - japoński poeta

 

O FILMIE

„Paterson” to rewelacja tegorocznego festiwalu w Cannes i najlepszy od lat film Jima Jarmuscha. Twórca „Broken Flowers” stworzył pełną humoru opowieść o tym, że życie jest poezją i każdymoże odnaleźć szczęście na swój sposób.

Paterson (Adam Driver) jest kierowcą miejskiego autobusu. Niczego mu nie brakuje. Kocha swoją pełną szalonych pomysłów żonę (Golshifteh Farahani), która każdego dnia tworzy nowy plan na przyszłość. Mężczyzna ma czas na swoją pasję - pisanie wierszy, spacery z psem i spotkania z grupą zaprzyjaźnionych ekscentryków. Jest wśród nich przeżywający zawód miłosny kompan od kufla, wyzwolona singielka przesiadująca wieczorami w barze, czy wiecznie narzekający kolega z pracy, który zazdrości Patersonowi pogody ducha. Jednak na skutek zabawnego zbiegu okoliczności stoicki spokój tytułowego bohatera zostaje poddany próbie.

Znakomity „Paterson” udowadnia, że Jim Jarmusch przebył długą drogę od czasu debiutanckich „Nieustających wakacji” z 1980 roku. Podczas gdy tamten film sprawiał wrażenie szorstkiego, punkowego protestu przeciwko życiowej rutynie, teraz amerykański reżyser zdecydował się na poetycką pochwałę nieefektownej codzienności.

To nie oznacza jednak, że na starość Jarmusch spokorniał i wyrzekł się buntowniczej natury. Decyzja, żeby w erze medialnego jazgotu i atakujących nas z każdej strony bodźców zrealizować film tak ostentacyjnie wyciszony, wciąż nosi znamiona intelektualnej prowokacji. O gotowości do pójścia pod prąd świadczy również fakt, że Jarmusch zrezygnował z wyrazistych konfliktów dramaturgicznych i postanowił opowiedzieć nam po prostu historię człowieka szczęśliwego. Dzięki artystycznej biegłości reżysera, ta impresja o jednostkowym spełnieniu nawet przez chwilę nie zamienia się ani w kicz, ani w banał.

W nowym filmie doskonale widać, że po trwającym kilka lat kryzysie Jarmusch bez wątpienia złapał drugi oddech. „Paterson” pozostaje wolny zarówno od patetycznego zadęcia „The Limits of Control”, jak i hipsterskiego zblazowania właściwego przecenionemu „Tylko kochankowie przeżyją”. Inaczej niż w tamtych dwóch filmach, przepełnionych zgorzknieniem, tym razem motorem napędowym Jarmuscha pozostaje zachwyt nad opisywaną rzeczywistością.

Reżysera fascynuje przede wszystkim regularny i nieśpieszny rytm małomiasteczkowego życia. Doskonale podkreśla go profesja głównego bohatera – kierowcy autobusu. Paterson – zgodnie z absurdalnym Jarmuschowskim poczuciem humoru – nazywa się tak samo jak miasteczko, gdzie mieszka i pracuje, gdzie jeździ od pętli do pętli według ściśle określonego rozkładu jazdy.

Siła filmu polega zresztą na tym, że pozwala nam przeniknąć do tej rządzącej się własnymi prawami, uporządkowanej rzeczywistości. Wystarczy raptem kilka scen, byśmy poczuli się jak pasażerowie Patersona, którzy z każdym kolejnym kursem zbliżają się do jakiejś metafizycznej tajemnicy.

Atrakcyjność tego świata polega głównie na tym, że potrafi on być zarazem zupełnie zwyczajny i jedyny w swoim rodzaju. Choć na pierwszy rzut oka w Paterson nie dzieje się nic niezwykłego, trudno wyobrazić sobie inne miasteczko, w którego centrum znajdowałby się malowniczy wodospad. Pośród tysięcy zupełnie zwyczajnych mieszkańców bez trudu da się wyłowić natomiast tak fascynujące postacie jak choćby dwunastoletnia znawczyni Emily Dickinson czy ekscentryczny Japończyk zyskujący nieoczekiwanie status swoistego deus ex machina.

Wpisana w realia miasteczka nietuzinkowość nie jest zresztą wyłącznie reżyserską fantazją. Położone o godzinę drogi samochodem od Nowego Jorku niepozorne Paterson miało szczęście do artystów i było opiewane w wierszach Allena Ginsberga i Williama Carlosa Williamsa.

Charakterystyczne dla miejsca akcji napięcie między kojącą stałością a ledwo zauważalną innowacją znajduje odbicie także w codzienności głównego bohatera. Nawet jeśli życie Patersona nie wychodzi poza ustalone ramy, bohater każdego dnia nasyca je nową treścią i znajduje przestrzeń dla olśnień. Wystarczy przecież odpowiednio rozwinięty zmysł obserwacji, żeby podsłuchane mimochodem strzępy rozmów w autobusie zamieniły się w komiczną miniaturę rodem z pamiętnej „Kawy i papierosów”.

Tego rodzaju wrażliwość na detal bohater pielęgnuje dzięki swojemu hobby, a mianowicie tworzeniu poezji, której mistrzem pozostaje dla niego wspomniany wcześniej Williams. Jak łatwo można się domyślić, Paterson nie szuka rozgłosu i traktuje pisanie jak najzwyczajniejszą czynność pod słońcem. Film Jarmuscha stanowi zresztą wielką pochwałę tego rodzaju podejścia do twórczości, pozbawionego wszelkiego nabożeństwa.

Sztuka w „Patersonie” powstaje podczas przerwy śniadaniowej w pracy albo – jak w przypadku epizodycznej postaci rapera – w trakcie wizyty w osiedlowej pralni. Podobnie nonszalancką postawę wobec kreatywności prezentuje także ukochana głównego bohatera. Uroczo chaotyczna orientalna piękność długo szuka pomysłu na siebie, a pewnego dnia, pod wpływem impulsu, po prostu zamawia gitarę i postanawia, że zostanie gwiazdą muzyki country.

Jarmusch nie szczędzi tej postaci delikatnej ironii, ale w gruncie rzeczy traktuje ją z sympatią. Swoje dzieło również stylizuje przecież na błahy artystyczny kaprys. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Choć „Paterson” wydaje się filmem zrealizowanym od niechcenia, pozostaje przemyślany w najdrobniejszych szczegółach.

Doskonale widać to w mistrzowskim finale, gdy do sielankowego świata wdziera się kameralna katastrofa, a stoicka filozofia głównego bohatera zostaje wystawiona na ciężką próbę. Dopiero w konfrontacji z widmem klęski postawa Patersona, którą wcześniej można było mylnie wziąć za naiwny optymizm, odsłania swą autentyczną głębię.

Piotr Czerkawski, Paterson, „Kino" 2016, nr 12, s. 70

 

„PRZEŁĘCZ OCALONYCH”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Mel Gibson

Scenariusz  - Andrew Knight,

                       Robert Schenkkan

Produkcja - Bill Mechanic
Zdjęcia - Simon Duggan

Muzyka - Rupert Gregson-Williams

Montaż  - John Gilbert

Scenografia - Barry Robison

Kostiumy  - Lizzy Gardiner

Andrew Garfield - Desmond T. Doss

Teresa Palmer - Dorothy Schutte

Luke Bracey - Smitty

Sam Worthington - Glover

Hugo Weaving - Tom Doss

Vince Vaughn - Howell

Rachel Griffiths - Bertha Doss

 

 

O FILMIE

Schyłek drugiej wojny światowej. Armia amerykańska toczy ciężkie walki z Japończykami o każdy skrawek lądu na Pacyfiku. Strategicz­nym celem jest wyspa Okinawa, której zdobycie może oznaczać osta­teczną klęskę Japonii. Wśród setek tysięcy amerykańskich żołnierzy trafia tu Desmond T. Doss, sanitariusz, który ze względu na wyznawa­ną religię odmówił noszenia broni. Traktowany z nieufnością, oskar­żany o tchórzostwo, wkrótce udowodni jak bardzo się wobec niego mylono. Podczas najcięższych starć, wielokrotnie ryzykując życiem, wydostaje z ognia walki ponad 70 rannych żołnierzy. Tak rodzi się le­genda bohatera, którego jedyną bronią jest wiara, nadzieja i miłość…

 

Gdy inni będą odbierać życie, ja będę je ratował – deklaruje medyk Desmond Doss, bohater świetnego filmu Mela Gibsona "Przełęcz ocalonych". Doss to autentyczna postać. Zaciągnął się do armii w 1942 roku na wieść o japońskim ataku na Pearl Harbor. W trakcie służby odmówił jednak noszenia broni i zabijania wrogów, argumentując decyzję swoimi przekonaniami religijnymi. Mimo to w trakcie krwawej bitwy o Okinawę w maju 1945 udało mu się uratować życie 75 żołnierzom. Za swój heroiczny wyczyn rozmodlony pacyfista otrzymał z rąk prezydenta Trumana najwyższe odznaczenie wojskowe, Medal Honoru.

 


Biografia Dossa to wymarzony materiał na film. Jest w niej miejsce na wystawne widowisko batalistyczne, romans, rodzinny dramat oraz opowieść o męskiej przyjaźni wykutej w ogniu ze strzelb i moździerzy. Gibson, który zawsze odnajdywał się świetnie w epickich narracjach, miał więc tu pole do popisu. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że Hollywood puści wreszcie w niepamięć jego wyskoki z przeszłości i nie pominie "Przełęczy" podczas zbliżającego się sezonu nagród. Kosztująca 55 milionów produkcja wydaje się bowiem idealnie skrojona pod gusta członków Akademii Filmowej.

Film Gibsona ma klarowną, wyraźnie zaznaczoną trzyaktową strukturę. Część pierwsza to dzieciństwo i młodość bohatera spędzone w malutkim miasteczku w stanie Wirginia. Kluczową dla tego rozdziału figurą jest agresywny ojciec Desmonda – weteran I wojny światowej zmagający się przy pomocy whisky z traumatycznymi wspomnieniami z frontu. Doss senior w stonowanej interpretacji Hugona Weavinga nie wydaje się jednak czarnym charakterem, lecz postacią tragiczną. Zombie, którego duch nie wydostał się nigdy z okopów we Francji. Czy jego syna czeka wkrótce podobny los?

Akt drugi – etap szkolenia wojskowego w obozie dla rekrutów – to moment, w którym Doss musi skonfrontować swoje ideały z rzeczywistością. Udowodnić dowódcom oraz towarzyszom broni, że nie jest tchórzem ani szaleńcem. Że odwaga, bycie twardzielem nie zawsze muszą iść w parze z użyciem siły fizycznej. W tej części filmu nie brakuje wzniosłych scen z kwestiami w rodzaju: Nie będę mógł żyć ze sobą, jeśli nie pozostanę wierny swoim poglądom. Gibson posiada jednak rzadki talent. Potrafi sprawić, że sytuacje, które na papierze mogą się wydawać zbyt pompatyczne, na ekranie budzą wzruszenie i dreszcz na plecach. Reżyserowi wydatnie pomagają w tym aktorzy. Mój ulubieniec Vince Vaughn po bezpłciowej kreacji w "Detektywie" zalicza wreszcie udany występ jako srogi sierżant, który próbuje złamać niepokornego rekruta. Dobrzy są też Luke Bracey wcielający się w niechętnego Dossowi szeregowego Smitty'ego oraz Teresa Palmer jako ukochana bohatera. Najgłośniejsze oklaski należą się jednak odtwórcy głównej roli, Andrew Garfieldowi. Ujmujący nieśmiałym uśmiechem chuchrowaty Desmond nie ma w sobie nic z ostatniego sprawiedliwego ani pomnikowego kaznodziei. Film pokazuje, że rezygnacja z przemocy nie przyszła mu wcale tak łatwo, zaś drzemiący w głębi jego duszy agresor czasem budził się do życia.

Ostatni rozdział filmu to trwająca kilkadziesiąt minut imponująca sekwencja wielkiej bitwy o Okinawę. Od czasów "Szeregowca Ryana" prawdopodobnie nie było w kinach równie brutalnej sceny batalistycznej. Kamera nie oszczędza nam widoku eksplodujących ciał, zmasakrowanych resztek twarzy, urwanych kończyn i plątaniny jelit wylewających się ze zwłok. Najbardziej emocjonująca część "Przełęczy ocalonych" zaczyna się jednak wraz z chwilą, gdy opada wojenny kurz, a oczom bohatera ukazuje się krwawe pogorzelisko. Znajdujący się do tej pory na uboczu Desmond rusza do boju o życie rannych niedobitków, a film zamienia się w pierwszorzędny dreszczowiec.

W tej angażującej opowieści o różnych obliczach heroizmu wątpliwości może budzić co najwyżej jej religijny aspekt. Konkretniej: rozdźwięk między tym, co twórcy chcieliby powiedzieć, a tym, co rzeczywiście mówią. Pomijam już fakt, że dla uhonorowania słynnego pacyfisty Gibson musiał najpierw zorganizować na ekranie ultrabrutalny festiwal śmierci. Trudno jednak uwierzyć w przesłanie nawołujące do pokoju i miłości bliźniego, skoro największą satysfakcję i reżyserowi, i widzom sprawia widok dzielnych amerykańskich wojaków dających w finale łupnia złym Japończykom. Tak czy owak: film na medal. 

Łukasz Muszyński – Filmweb 05.09.2016

 

 „SULLY”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Clint Eastwood

Scenariusz - Todd Komarnicki

Zdjęcia - Tom Stern

Muzyka - Christian Jacob,

                Tierney Sutton Band

Tom Hanks - Chesley „Sully” Sullenberger Aaron Eckhart - Jeff Skiles

Laura Linney - Lorraine Sullenberger

Valerie Mahaffey - Diane Higgins

Delphi Harrington - Lucille Palmer

O FILMIE:

15 stycznia 2009 roku cały świat był świadkiem "cudu na rzece Hudson", kiedy to kapitan "Sully" Sullenberger posadził uszkodzony samolot na zimnych wodach rzeki Hudson, ratując życie 155 osobom, znajdującym się na pokładzie. Jednak mimo że opinia publiczna i media głośno wychwalały Sully'ego za jego wyjątkowe umiejętności lotnicze, w czasie śledztwa zostały ujawnione fakty, które mogły zniszczyć jego reputację i karierę.

 

Dwa lata po realizacji filmu o Chrisie Kyle’u, legendarnym snajperze amerykańskiej armii, Clint Eastwood postanowił opowiedzieć o innym bohaterze narodowym Stanów Zjednoczonych. W pewnym momencie z ekranu pada nawet stwierdzenie, że Chesley Sullenberger, czyli tytułowy Sully, jest „największym bohaterem wszechczasów”. Miła to odmiana, gdy takim mianem określa się człowieka, który uratował sto pięćdziesiąt osób, zamiast je zabić.

Sully jest pilotem rejsowym z czterdziestoletnim stażem. Pod koniec kariery w ułamku sekundy musi podjąć najważniejszą i najtrudniejszą decyzję w życiu zawodowym. Dwa silniki samolotu po zderzeniu z ptakami przestają działać. Kapitan staje przed wyborem: czy zawrócić na lotnisko w Nowym Jorku, co grozi rozbiciem maszyny w centrum miasta, czy spróbować niezwykle ryzykownego manewru wodowania na rzece Hudson.

Losy feralnego lotu i stu pięćdziesięciu osób na pokładzie samolotu są powszechnie znane. O niezwykłym wyczynie pilota donosiły media na całym świecie. Dramatyzm przywoływanych zdarzeń jest więc pozorny. Fabularną osią nie mógł być lot i konsekwencja podjętej w mgnieniu oka decyzji kapitana. Dlatego Clint Eastwood musiał skupić się na innym aspekcie wydarzeń z 15 stycznia 2009 roku. Ramą opowieści stał się więc wewnętrzny proces linii lotniczych, w którym oskarżyciel próbował udowodnić, że Sully podjął błędną decyzję, gdyż powinien zawrócić na lotnisko, nie narażając załogi na wyjątkowo ryzykowny manewr.

Można mieć jednak zastrzeżenia do podjętej przez twórców decyzji, by piętrzące się w głowie głównego bohatera wątpliwości, kolejne ekspertyzy speców od katastrof lotniczych i komputerowe symulacje uczynić sednem opowiadanej historii. Wszak przebieg potyczki pilota z komisją lotniczą jest równie dobrze znany. Być może należałoby odczekać jeszcze z dziesięć lat z realizacją filmu o Sullym, żeby pamięć o jego heroicznej decyzji nieco się zatarła.

Wydarzenia trwające kilka dni po wodowaniu zostały rozpisane przez Eastwooda zgodnie z klasycznymi prawidłami dramaturgii. Za sprawą oskarżyciela, karykaturalnie kreowanego na stereotypowy czarny charakter, bohaterskość czynu Sullenbergera zostaje podana w wątpliwość. Ale już kilka zwrotów akcji dalej twórcy zwracają bohaterowi honor. Spokojnie, ujawnienie puenty filmu w żaden sposób nie psuje przyjemności z seansu, gdyż największa siła „Sully’ego” tkwi w czymś innym.

Proces jest jedynie pretekstem, by pieczołowicie zrekonstruować w drobnych szczegółach nieszczęśliwy lot. Możliwość wejrzenia do kabiny pilotów i obserwacja procedur wdrażanych podczas zagrożenia jest największą atrakcją filmu. Z tego powodu „Sully” działa głównie jako realistyczna symulacja lotu a zarazem film niemal edukacyjny.

Eastwood oczywiście nie oparł się pokusie podbijania napięcia za pomocą chwytów zgranych w kinie katastroficznym. Umieszcza w fabule postacie trzech mężczyzn, dostających się w ostatniej chwili na pokład samolotu, który za moment ma ulec awarii. Jednak nie przeszkadza to w śledzeniu tego, co najciekawsze – procedur lotniczych i realistycznie przedstawionej katastrofy.

Po autorze „Snajpera” można było się spodziewać konserwatywnego patosu i narodowej wzniosłości, która nierzadko charakteryzowała jego wcześniejsze filmy. Tym razem Eastwood pohamował się w próbach podbijania napięcia i patriotycznych emocji. Oczywiście, nie obyło się bez peanów na cześć bohaterskich służb porządkowych Nowego Jorku, których odwaga i profesjonalizm pomogły w uratowaniu załogi samolotu.

Nie tylko w tym wątku pobrzmiewają echa wydarzeń z 11 września. „Sully’ego” można czytać jako film zrodzony z traumy wywołanej atakami na World Trade Center. Eastwood wplata ujęcia, w których Sullenberger rozważa alternatywne scenariusze lotu – każdy z nich kończy się rozbiciem samolotu o jeden z nowojorskich wieżowców.

Z tej perspektywy „Sully” jawi się jako dzieło kreujące kompensacyjny mit, mający stanowić odtrutkę na strach i niepewność wywołane globalnym terroryzmem. Jest hołdem złożonym osobie, która dzięki pewności siebie, doświadczeniu i opanowaniu zapobiegła tragedii. Film Eastwooda można nazwać dziełem ku pokrzepieniu serc w czasach permanentnej niepewności. Ameryka zdaje się potrzebować nowych bohaterów – Chesley Sullenberger nadaje się do tej roli znakomicie.

Michał Piepiórka, Sully, „Kino" 2016, nr 12, s. 81