Dyskusyjny Klub Filmowy Powiększenie

 

 

Obowiązuje reżim sanitarny (m.in. dezynfekcja rąk, maseczka ochronna). W załączniku znajdują się obowiązujące procedury.

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” WRZESIEŃ  2021 R.

 

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

OJCIEC

06.09.2021

19.00

97 MIN

2

„NOMADLAND”

13.09.2021

19.00

107 MIN

3

ZABIJ TO I WYJEDŹ Z TEGO MIASTA”

20.09.2021

18.00

88 MIN

4

„ZA WCZEŚNIE”

27.09.2021

19.00

79 MIN

 

„OJCIEC

Oscar 2021

 Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Anthony Hopkins

Najlepszy scenariusz adaptowany - Christopher Hampton, Florian Zeller

 

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - Florian Zeller

Scenariusz - Florian Zeller,

Christopher Hampton

Zdjęcia - Ben Smithard

Muzyka - Ludovico Einaudi

Montaż - Yorgos Lamprinos

Scenografia - Peter Francis

Anthony Hopkins - Anthony

Olivia Colman - Anne

Mark Gatiss - Mężczyzna / Bill

Olivia Williams - Kobieta / Catherine

Imogen Poots - Laura

Rufus Sewell - Paul

Ayesha Dharker - Dr Sarai

O FILMIE

To przejmujący obraz o przemijaniu i miłości. Laureatka Oscara, Olivia Colman gra Annę, która stara się opiekować 80-letnim ojcem, Anthonym (Anthony Hopkins). Anne martwi się stanem ojca, który wykazuje oznaki demencji. Anthony ma raz lepsze raz gorsze dni, potrafi kaprysić, odrzuca kolejnych opiekunów, proponowanych przez córkę. Anna widzi jak ojciec powoli gaśnie.

 

W zalewie produkcji o chorych na demencję „Ojciec” wyróżnia się tym, że nie skupia się na doświadczaniu choroby przez bliskich, tylko zmienia perspektywę. Oferuje widzom dostęp do głowy Anthony’ego i przeżywanie razem z nim horroru ulatującej pamięci. Na świat patrzymy oczami bohatera i tak jak on kompletnie się w nim gubimy. Mężczyznę przekręcającego klucz w zamku raz bierzemy za włamywacza, za chwilę – za zięcia. Raz żegnamy córkę, która za moment ma przeprowadzić się do Paryża, by w kolejnej scenie się przekonać, że żaden wyjazd nie był planowany, a kobieta nie jest nawet z bohaterem spokrewniona. A później jeszcze martwimy się o Anthony’ego, bo ktoś gwizdnął mu zegarek, który – nie próbując nawet uspokoić wybuchu gniewu ojca – córka (czy aby na pewno córka?) bezceremonialnie wyciąga z jego tajnej skrytki, doprowadzając bohatera do ataku śmiechu. A my znów nie wiemy czy to wszystko planowana hucpa, czy próba maskowania własnej nieporadności. Debiutujący za kamerą Florian Zeller trzyma nas w napięciu i za każdym razem uwiarygodnia to, co pokazuje. Forma „Ojca” to gatunkowy miszmasz. Film zaczyna się jak komedia (i słusznie, bo dzięki temu widz się wyluzowywuje, nie podejrzewając, co czeka go za chwilę), by przejść w thriller, dramat rodzinny, a nawet rom-kom; w takim duchu poprowadzone są zaloty Anthony’ego do nowej opiekunki. Każdy dzień z życia bohatera przynosi nowy wymiar starego doświadczenia: to, co jednego poranka bawi, następnego przeraża. I tak w koło Macieju. Taktyka francuskiego reżysera sprawdza się świetnie i zmusza nas do współodczuwania zagrożenia, niepewności, osamotnienia i zdziwienia otaczającą rzeczywistością, która tylko wydaje się uporządkowana i znajoma. Choć film wiele scen wygrywa na wysokim rejestrze emocjonalnym, to nie ma mowy o tanich wzruszeniach. Zeller, który w wywiadach przyznaje, że sam doświadczył demencji w swoim otoczeniu, nie pozwala nam czuć litości do bohatera ani jego bliskich. Przeciwnie – pokazuje, jak okrutny potrafi być człowiek, który traci kontrolę nie tylko nad faktami, ale i nad własnymi manierami. Scena, w której senior rzuca rasistowskim żartem, jest nawet zabawna, ale już spotkanie Anthony’ego z opiekunką, którą bezwzględnie miesza z błotem, nie pozostawia wątpliwości, że Zeller w demencji nie widzi nic romantycznego ani zabawnego. Postrzega ją raczej jako kompletne upodlenie, w czym bliżej mu do Michaela Hanekego niż do twórców hollywoodzkich.

 

Anthony na zmianę nas wzrusza i przeraża, bawi i odpycha, rozczula i obrzydza. Ta emocjonalna sinusoida napędzana jest również przez talent aktorski Anthony’ego Hopkinsa, który przy użyciu minimalnych środków (jego bohater na ogół siedzi, aktor brawurowo operuje grymasem, spojrzeniem, tikiem i głosem, jak niegdyś w roli uwięzionego Hannibala Lectera) potrafi osiągnąć maksimum ekspresji. Partnerująca mu Olivia Colman również postawiła na oszczędność i doskonale się w tym duecie odnalazła. Jej bohaterka wie, że czas, w którym ojciec cokolwiek jeszcze kojarzy, nieubłaganie się kończy, a sceny, w których po prostu na niego patrzy, jakby chciała się tym wspólnym czasem nacieszyć na zapas, to jedno z najpiękniej przeciąganych pożegnań w kinie ostatnich lat. Wcześniej „Ojciec” wystawiany był jako sztuka. Jednak teatralną proweniencję widać co najwyżej w ciasnych kadrach i akcji rozgrywającej się w jednym miejscu. Doświadczony scenarzysta Christopher Hampton (ma na koncie m.in. adaptację „Niebezpiecznych związków” z Malkovichem i Close) pomógł przerobić język teatru na filmowy, w czym niebagatelną rolę odegrała kompozycja przestrzeni. Zmiana oświetlenia biblioteczki wystarcza, by mieszkanie nowobogackiego inteligenta zamienić we wnętrze rodem z powieści gotyckiej. Podobnych rozwiązań jest tu znacznie więcej, jak choćby w scenie, gdy Anthony’ego oglądamy tylko w piżamach, a opiekunka nie może go zmotywować, by przebrał się w strój dzienny. Właśnie z pomocą tak dyskretnych środków Zeller pokazuje nam postęp choroby, która bezlitośnie przejmuje kontrolę nad Anthonym. „Ojciec” okazuje się finalnie filmem o odchodzeniu: ze świata, z rzeczywistości, z rodziny, ze znanych porządków. Uniwersalnym i zrozumiałym w każdej klasie społecznej i kulturze, co potwierdza 42. MFF w Kairze, który film otwierał. Uroczystą projekcję jeden z gości podsumował słowami: „Zeller zabrał mnie najbliżej, jak się da, do demencji”. I ta recenzja najlepiej oddaje wartość „Ojca”.

ARTUR ZABORSKI Kino nr 5/2021

  

 „NOMADLAND”

Oscar 2021

Najlepszy film - Chloé Zhao, Dan Janvey, Frances McDormand,

Mollye Asher, Peter Spears

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - Frances McDormand

Najlepszy reżyser - Chloé Zhao

 

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - Chloé Zhao

Scenariusz - Chloé Zhao

Zdjęcia - Joshua James Richards

Muzyka - Ludovico Einaudi

Montaż - Chloé Zhao

Scenografia - Joshua James Richards

Frances McDormand - Fern

David Strathairn - Dave

Linda May - Linda

Swankie  - Swankie

Gay DeForest -  Gay

Patricia Grier  - Patty

Angela Reyes - Angela

 

O FILMIE

Fern (Frances McDormand) pakuje swojego vana i wyrusza w drogę jako współczesna nomadka, po tym jak w wyniku recesji straciła właściwie cały swój dotychczasowy dobytek. "Nomadland", trzeci film fabularny reżyserki Chloé Zhao, przedstawia historię Lindy May, Swankie i Boba Wellsa, prawdziwych nomadów, którzy stają się mentorami i towarzyszami Fern podczas jej podróży po rozległym amerykańskim Zachodzie.

 

O Chloé Zhao, która wyrasta na jedną z najciekawszych współczesnych autorek filmowych, mówiło się w branży przede wszystkim w kontekście wyreżyserowania przez nią ostatnio Marvelowskiej superprodukcji „Eternals”. Tymczasem urodzona w Chinach twórczyni, posługując się zupełnie inną stylistyką i nieporównywalnie mniejszym budżetem, chwilę wcześniej niejako mimochodem nakręciła najważniejszy film 2020 roku. Znakomity „Nomadland” nie tylko zgarnął kluczowe nagrody festiwali w Wenecji i Toronto, ale urasta do roli jednego z faworytów tegorocznej rozgrywki oscarowej.

Nie ma wątpliwości, że nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej będą w tym roku wyglądały inaczej niż w latach ubiegłych. Być może zyskają na tym produkcje zrealizowane w bardziej niezależnym duchu, które w „normalnej” rzeczywistości mogłyby zwyczajnie przepaść. Takie właśnie jak „Nomadland”. Choć z pozoru film ten wydaje się bardzo amerykański, to idealnie trafia w pandemiczny czas. Opowiada bowiem o nagłej utracie poczucia bezpieczeństwa i o konieczności przeprojektowania swojego życia. A to przecież stało się ostatnio doświadczeniem nie tylko głównej bohaterki filmu Zhao, 61-letniej Fern.

Fern jest przedstawicielką pokolenia baby boomers. Ludzi wierzących w pewną umowę społeczną, wedle której określony model życia gwarantować im miał względną stabilizację i bezpieczeństwo socjalne na emeryturze. Rzeczywistość ekonomiczna w dobie zapaści gospodarczej okazała się jednak brutalna. W efekcie bohaterka Zhao, jak wiele podobnych jej osób pozbawionych nagle środków do życia, znalazła się na marginesie społeczeństwa.

Zamykane fabryki, wyludniające się kolejne miasta – takie jak Empire (cóż za ironiczna nazwa w tym kontekście!), z którego Fern wyrusza w podróż. Film chińskiej reżyserki zwraca uwagę na coraz bardziej agresywny kapitalizm i zawodność opiekuńczego państwa. Autorka jednak nie tyle stawia diagnozę, co koncentruje się na portrecie dojrzałych współczesnych nomadów. Ludzi, dla których droga naznaczona sezonowymi, dorywczymi pracami staje się sposobem na życie, oznaką buntu, ale i synonimem wolności.

 „Nomadland” oparty jest na głośnym reportażu „Nomadland. W drodze za pracą” (Nomadland: Surviving America in the Twenty-First Century) Jessiki Bruder. Amerykańskiej autorki, której przez wiele miesięcy spędzonych w drodze za dom służył kamper, podobnie jak opisywanym przez nią bohaterom. „Doświadczenie jest najlepszym nauczycielem” – przekonuje Bruder. Wie coś o tym także Chloé Zhao – urodzona w Chinach, wychowana w Anglii, wykształcona w Stanach Zjednoczonych.

W jej spojrzeniu na amerykański Zachód i kino drogi romantyzm miesza się z melancholią. A majestatyczne, surowe krajobrazy Nevady czy Południowej Dakoty zostają zestawione na ekranie z ciasnymi wnętrzami furgonetek. Matką chrzestną „Nomadland” okazała się Frances McDormand i to w roli, z której znamy ją mniej, czyli producentki. To właśnie ona wykupiła prawa do ekranizacji książki Bruder, a po obejrzeniu świetnego „Jeźdźca” (2017) zachwyciła się talentem Zhao i powierzyła jej funkcję reżyserki „Nomadland”.

McDormand wciela się też w postać Fern, tworząc kreację znajdującą się niejako na drugim biegunie roli z „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri” (2017) Martina McDonagha. Choć znowu większość emocji odbija się przede wszystkim w licznych zbliżeniach twarzy aktorki, to ekspresję i gniew zastąpiły tym razem spokój i opanowanie wynikające z życiowego doświadczenia. Nie licząc Davida Strathairna, McDormand towarzyszą naturszczycy, prawdziwi współcześni nomadzi. Ludzie tacy jak Linda May, Swankie czy Bob Wells, którzy świadomie zrezygnowali z życia „od linijki” i społecznych oczekiwań. Redefiniują oni mit amerykańskiego snu. Indywidualizm nie oznacza tu jednak samotności, bo dla tych osób równie ważne jest poczucie wspólnoty. To zatem wcale nie musi być ucieczka, a może – w pełni świadomy wybór.

„Wejście w społeczność, która nie jest twoja, wymaga bycia niewidzialnym” – przekonywała w jednym z wywiadów Zhao. Świadectwem tej postawy jest na ekranie zarówno intymny charakter pracy kamery Joshui Jamesa Richardsa (współpracują przy trzecim filmie), jak i muzyka włoskiego kompozytora Ludovico Einaudiego. Autentyzm staje się tutaj sposobem pełnego zanurzenia w świecie, który na co dzień wydaje się niedostrzegany i marginalizowany.

KUBA ARMATA Kino nr 1-2/2021

  

 „ZABIJ TO I WYJEDŹ Z TEGO MIASTA”

Złote Lwy 2020

Najlepszy film Mariusz Wilczyński

Nagrody Indywidualne - Najlepszy dźwięk Franciszek Kozłowski

Orły  2021

Najlepszy film Mariusz Wilczyński

Najlepsza muzyka Tadeusz Nalepa

Najlepszy scenariusz Mariusz Wilczyński

Najlepszy dźwięk Franciszek Kozłowski

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - Mariusz Wilczyński

Scenariusz - Mariusz Wilczyński

Muzyka - Tadeusz Nalepa

Montaż - Jarosław Barzan

Scenografia - Mariusz Wilczyński

 

Krystyna Janda - Matka Janka (głos)

Andrzej Wajda - Staruszek w pociągu (głos)

Marek Kondrat - Ojciec Mariuszka / Staruszek w pociągu (głos)

Daniel Olbrychski - Behemot (głos)

Andrzej Chyra - Ojciec Janka (głos)

Maja Ostaszewska - Janek (głos)

O FILMIE:

Animacja Mariusza Wilczyńskiego "Zabij to i wyjedź z tego miasta" to dużo więcej niż film - to 14 lat życia poświęconych na realizację tego niesamowitego osobistego projektu. To przyprawiająca o dreszcze podróż w przeszłość własną i kraju, wywoływanie duchów ludzi i miejsc, terapeutyczna opowieść o rodzinie i wzruszający hołd dla przyjaźni. Ten pełnometrażowy debiut pierwszego polskiego twórcy animacji zrodził się z potrzeby zrozumienia, wybaczenia i miłości. Film Wilczyńskiego wskrzesza dzieciństwo z całym jego bagażem udręk i zachwytów, przywołuje tych, którzy odeszli, by dać im nowe życie. Zanurzony w przywołanych z pamięci detalach, barwach, dialogach, dźwiękach, sytuacjach, głosach, "Zabij to... " staje się kroniką PRL-owskiego dzieciństwa i młodości przeżytej w czasach transformacji, opowieścią o zmieniającej się Polsce, o szarzyźnie nieoczekiwanie nabierającej rumieńców.

Na 11. Nowych Horyzontach jako zwieńczenie swej retrospektywy Mariusz Wilczyński zaprezentował efektowny zwiastun nowego filmu. Z ekranu festiwalowego kina popłynęły słowa: „Nowy film animowany Mariusza Wilczyńskiego z muzyką Tadeusza Nalepy! W rolach głównych: Krystyna Janda, Barbara Krafftówna, Anna Dymna, Maja Ostaszewska, Małgorzata Cielecka, Małgorzata Kożuchowska, Andrzej Chyra, Marek Kondrat, Daniel Olbrychski, Krzysztof Kowalewski, a także Zbigniew Rybczyński, Janusz Kondratiuk i Tomasz Stańko, ze specjalnym udziałem Ireny Kwiatkowskiej, Andrzeja Wajdy i Gustawa Holoubka! „Zabij to i wyjedź z tego miasta” wkrótce na ekranach kin!!!”.

Minęło dziewięć lat. I doczekaliśmy się. Trochę to trwało, bo po pierwsze – artysta nie ukrywał, że jest to projekt dla niego niezwykle ważny, wymagający skupienia, nie pośpiechu, po drugie – przez wiele lat realizował go, w najdrobniejszych szczegółach, niemal w pojedynkę, dopiero na finiszu dopuścił do realizacji grono uzdolnionych współpracowników, głównie swoich byłych studentów.

Pamiętam zabawne zdarzenie sprzed kilku lat. Była późna jesień, Wilk zorganizował pokaz tzw. animatiku (rysunkowy szkic przyszłego filmu z elementami uproszczonej animacji) dla producentów i przyjaciół. Na pytanie pewnej pani z branży czy możemy się spodziewać premiery jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia, odpowiedział: „Tak, oczywiście, za kilka lat, bo teraz te rysunki musimy jeszcze ożywić”.

Ten film powstawał wbrew wszelkim zasadom produkcyjnym (artysta najpierw przez kilka lat pracował nad ścieżką dźwiękową, a potem dopiero dorysowywał do niej obraz i ożywiał go, co w animacji raczej się nie zdarza), ale i artystycznym (Wilczyński nie jest bowiem absolwentem szkoły filmowej, a plastycznej, gdzie kształcił się w sztukach statycznych – malarstwie i drzeworycie – a do ożywiania swej plastyki dochodził sam metodą prób i błędów). Drzeworyt nauczył go cierpliwości i pokory w żmudnej animowanej dłubaninie, a malarstwo – stosowania zmiennej wielkości kadrów (co w kinie jest raczej ewenementem), bo dla malarza istotne jest czy malować w poziomie, czy w pionie, czy na dużym, czy na małym formacie.

„Z biegiem lat odchodzą wszyscy najbliżsi – dziadkowie, rodzina, ciocia z wujkiem, przyjaciele od serca i bluesa, nasze najukochańsze psy, kot i kanarek, akacja z podwórka i fabryka z kominem oraz tramwaj, którym zawsze jeździłem do szkoły, i smak wody z sokiem, i zabawki na sznurkach. Wszystko odchodzi, wszystko przechodzi do mojej głowy. Moja pamięć zaludnia się i mebluje. (…) Chcę żyć długo, jak najdłużej. Chcę zabić te wszystkie piękne łzawe sentymenty, kopnąć je w dupę. Nie wiem, jak to zrobić, i nie wiem czy mi się to uda. Film pokaże” – oto fragment autorskiej eksplikacji.

I pokazał. I się udało. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” to z jednej strony „poszukiwanie straconego czasu”, z drugiej uświadomienie sobie, że – jak śpiewał Marek Grechuta – „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”. To film o przemijaniu i konieczności bycia uważnym. Kluczem tej przejmującej autobiograficznej (ale i uniwersalnej) opowieści jest dla mnie scena, gdy Mariuszek odwiedza w szpitalu ciężko chorą matkę. Z biegiem dni odwiedziny stają się czynnością coraz bardziej rutynową. „Co teraz robisz, Mariuszku?” – pyta matka. – „Rysuję film”. – „To jesteś bardzo zajęty”. – „Tak, jak skończę, to ci opowiem”. Pewnego dnia zastaje puste łóżko…

Wilczyński uprawia kino typu chaplinowskiego, ze scenami wzruszającymi sąsiadują żartobliwe, pojawiającym się łzom towarzyszą natychmiast wybuchy śmiechu. Choć tonacja molowa przeważa. Ze wspomnianą sceną w szpitalu czy przejmującą rozmową Mariuszka z dwójką niegdysiejszych disneyowskich ikon, dziś parą zniedołężniałych staruszków (Andrzej Wajda jako sędziwy kaczor, były powstaniec warszawski i towarzysząca mu Irena Kwiatkowska jako myszka, także po przejściach) sąsiadują brawurowe sceny komediowe, jak ta w sklepie rybnym czy na plaży podczas rozwiązywania krzyżówki (o taką głosową vis comica ani Małgorzaty Kożuchowskiej, ani Andrzeja Chyry nie podejrzewałem).

„Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest opowieścią wielopiętrową. Można ją postrzegać jako sentymentalno-rozliczeniową podróż artysty do arkadii dzieciństwa, czyli peerelowskiej siermiężnej Łodzi, ale można i na bardziej ponadczasowym poziomie. Ktoś z przyjaciół Wilka dostrzeże na murze napis „Lusia” (to jego ukochany pies), ktoś inny usłyszy głos Jana Ciszewskiego komentującego wygrany 3:0 mecz z Belgią na piłkarskich mistrzostwach świata w 1982 roku, do kogoś jeszcze innego dotrą strzępki nieśmiertelnych bluesów Tadeusza Nalepy – „Kiedy byłem małym chłopcem”, „Co się stało kwiatom” czy „Modlitwy”. Bo w tym filmie w dużej mierze narrację prowadzą kompozycje Nalepy do słów Bogdana Loebla.

Ten wspaniały, nieżyjący już muzyk był artystycznym guru, przyjacielem, wręcz przyszywanym ojcem Wilczyńskiego. To także jego film. Podobnie jak wspaniałej ekipy aktorskiej. Takie kreacje jak choćby Krystyny Jandy, Barbary Krafftówny, Marka Kondrata (pomimo porzucenia aktorskiej profesji tu uczynił wyjątek i zagrał) czy zacytowanego Gustawa Holoubka (z dokumentu Jana Holoubka „Słońce i cień”) – to doprawdy ewenement, bo stworzone w filmie… animowanym.

Warto jeszcze wspomnieć o Danielu Olbrychskim wcielającym się w Behemota i o Zbigniewie Rybczyńskim, laureacie Oscara, w podwójnej roli – Wolanda i uciętej głowy Berlioza. Ich kreacje stanowią swoisty zwiastun następnego filmu Wilczyńskiego. „Chciałbym, by mój „Mistrz i Małgorzata” rozgrywał się w łódzkiej rzeczywistości lat 70. Będzie to może bardziej Hrabalowskie niż Bułhakowowskie, ale sam mechanizm przecież podobny. Poza tym urzeka mnie w tej książce magiczność przestrzeni i czasu. Chciałbym, żeby mieszkanie przy ul. Sadowej 302a było większe od miasta, przez które przebiega ulica Sadowa, gdzie stoi dom, w którym znajduje się mieszkanie 302a. To, co jest w środku, jest większe od tego, co na zewnątrz” – wyznał mi artysta przed 10 laty w książce „Z Armatą na Wilka”. Zatem, drodzy Państwo: „Nowy film Mariusza Wilczyńskiego „Mistrz i Małgorzata” wkrótce na ekranach kin!!!”. Notabene, premierowa okazja już niebawem, w 2030 roku Nowe Horyzonty będą obchodzić jubileusz trzydziestolecia!

JERZY ARMATA Kino nr 1-2/2021 

„ZA WCZEŚNIE”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyser - Rashaad Ernesto Green

Scenariusz - Rashaad Ernesto Green ,

                     Zora Howard

Zdjęcia - Laura Valladao

Muzyka - Patrick Cannell,

                Stefan Swanson

Montaż - Justin Chan

Scenografia - Grace Sloan

Zora Howard - Ayanna

Joshua Boone - Isaiah

Michelle Wilson - Sarita

Alexis Marie Wint - Tenita

Imani Lewis - Shonte

Tashiana Washington - Jamila

Carter Redwood - Nick

 

O FILMIE:

Siedemnastoletnia Ayanna, spędza ostatnie lato w domu przed rozpoczęciem studiów.
Jest odważna, pewna siebie i nie szuka miłości - aż do momentu, gdy poznaje nieco
starszego Isaiaha, producenta muzycznego, który właśnie przeniósł się na Harlem.
Między bohaterami rodzi się uczucie. Szybko jednak gorący, letni romans ustępuje
miejsca zazdrości i podejrzliwości, a Ayanna będzie musiała się zmierzyć ze
złożonością świata dorosłych.

Reżyser Rashaad Ernesto Green i aktorka Zora Howard postawili sobie pytanie, czego im brakuje we współczesnym kinie Afroamerykanów i doszli do wniosku, że trudno byłoby im znaleźć piękną i poruszającą opowieść miłosną. Przystąpili więc do pisania scenariusza „Za wcześnie” – pełnometrażowego filmu, któremu nadali taki sam tytuł, jak krótkometrażówce zrobionej razem w 2008 roku. Wówczas, w wieku czternastu lat, Howard grała dziewczynę mierzącą się samotnie z problemem niechcianej ciąży. W nowym filmie przypadła jej rola siedemnastoletniej Ayanny, która zakochuje się w starszym od siebie, trochę wycofanym Isaiah (Joshua Boone), marzącym o zostaniu kompozytorem. Jej bohaterka wiele przemyśleń zapisuje w formie wierszy, których autorką jest sama Howard. I są to, na szczęście, bardzo przyzwoite kawałki poetyckie; sytuują one „Za wcześnie” w nurcie literackim kina afroamerykańskiego, obok „Nie jestem twoim murzynem” Raoula Pecka czy „Tongues Untied” Marlona Riggsa.

Niedojrzała, zielona miłość została pokazana w filmie Greena realistycznie i subtelnie. Niezdarność i skrępowanie bohaterów czy ich introwertyczne problemy z komunikacją sprawiają, że dla starszej publiczności może to być niesentymentalna podróż do czasów pierwszych zakochań i związanych z nimi perypetii. Z kolei bezpretensjonalne sceny seksu, doskonała obsada drugo- i trzecioplanowa przyjaciół protagonistów czy wreszcie przekonujące odegranie przez Howard i Boone’a młodszych od siebie bohaterów sprawią, że widzów w wieku zbliżonym do filmowych kochanków nie dopadnie w kinie głębokie zażenowanie.

Green i Howard poznali się przed laty, mieszkając w tym samym budynku w Harlemie; reżyser jest więc dla aktorki kimś w rodzaju starszego brata. Ich trochę pospieszna praca nad scenariuszem, czy jeszcze bardziej nerwowy plan filmowy, na który przypadło raptem dziewiętnaście dni zdjęciowych, dały efekt prostoty i surowości. Po szczęściu, jakie spotkało Greena przy okazji debiutu pełnometrażowego „Gun Hill Road”, gdy znalazł producenta zainteresowanego realizacją tego projektu nawet bez lektury scenariusza, przy „Za wcześnie” nie miał już tak lekko. Film zrealizował za skromne granty i własne środki – wykorzystując doświadczenia zebrane tymczasem przy produkcjach telewizyjnych. To właśnie na małym ekranie nauczył się ekonomii i szybkości, które były konieczne, żeby „Za wcześnie” mogło ujrzeć światło dzienne przy braku zainteresowania studiów filmowych.

Drugi film reżysera mógłby posłużyć za idealny przykład współczesnego amerykańskiego niezależnego kina sundance’owego. Dziełu Greena jest zresztą blisko do tradycji wyznaczonej przez Johna Cassevetesa. To wrażenie pogłębia użycie analogowej taśmy Kodak, na której operatorka Laura Valladao uwieczniła autentyczne nowojorskie lokalizacje (zdjęcia zresztą nie zawsze odbywały się za zgodą odpowiednich podmiotów). Stąd krytycy w recenzjach filmu odruchowo zestawiają go z wczesnymi dziełami Spike’a Lee. Green nie jest zaangażowanym politycznie czy społecznie filmowcem i unika w filmie bezpośredniego podejmowania problematyki rasowej. Jednak kreśląc trochę szersze tło związku bohaterów, dodaje do fabuły choćby białą eks-dziewczynę Isaiah. Ale tego typu elementy pojawiają się na trzecim planie, w dość niewymuszony sposób i bez akcentowania ich obecności. Oczywiście – dziś będziemy pewnie oglądać „Za wcześnie” pamiętając o ruchu Black Lives Matter i protestach rasowych w Stanach Zjednoczonych. Warto jednak pamiętać, że premiera filmu odbyła się jeszcze w styczniu ubiegłego roku na festiwalu Sundance.

Film powinni życzliwie przyjąć zarówno widzowie po prostu szukający opowieści o miłości, jak i ci, którzy są zainteresowani kinem afroamerykańskim. Przyznam się, że po ostatnich miesiącach spędzonych z eksperymentalnymi dokumentami z Afryki i USA przyjąłem „Za wcześnie” z nieukrywaną euforią. Drugi film Greena działa naprawdę odświeżająco widoczną w nim artystyczną pasją.

MAREK S. BOCHNIARZ Kino nr 10/2020,