Dyskusyjny Klub Filmowy Powiększenie

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” GRUDZIEŃ 2016

 

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ

12.12.2016

19.00

110 MIN

2

„WRÓBLE”

13.12.2016

20.00

99 MIN

3

„ŚMIETANKA TOWARZYSKA”

19.12.2016

19.00

96 MIN

 

„ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ”

 

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria: Thea Sharrock

Scenariusz: Jojo Moyes na podstawie własnej powieści „Zanim się pojawiłeś”

Muzyka: Craig Armstrong

Zdjęcia: Remi Adefarasin

Montaż: John Wilson

Scenografia: Andrew McAlpine

Dekoracje: Nick Dent

Kostiumy:      Jill Taylor

Efekty specjalne:Alistair Williams

 

Emilia Clarke  - Louisa Clark

Sam Claflin     - William Traynor

Charles Dance            - Steven Traynor

Janet McTeer  - Camilla Traynor

Brendan Coyle - Brendan Clark

Stephen Peacocke - Nathan

Matthew Lewis - Patrick

Jenna Coleman - Katrina „Treena” Clark

Samantha Spiro - Josie Clark

 

 

O FILMIE

Louisa „Lou” Clark (Emilia Clarke) mieszka w niewielkim angielskim miasteczku i nie wie jeszcze, co zrobić ze swoim życiem. Ekscentryczna 26-latka próbuje sił w wielu dziedzinach, by pomóc swej rodzinie związać koniec z końcem. Zostaje opiekunką Willa Traynora (Sam Claflin), młodego, bogatego bankiera, którego losy całkowicie zmieniły się na skutek tragicznego zdarzenia sprzed dwóch lat. Niegdyś pełen energii, dziś cyniczny do szpiku kości Will wyzbył się już wszelkiej nadziei na szczęście. Dziewczyna postanawia pokazać mu, że jest jeszcze inna droga...

 
"Zanim się pojawiłeś" to rasowy melodramat. I choć gatunek nie ma dziś zbyt dobrej prasy, to nie mamy tu do czynienia z jego przedefiniowaniem – tak, by lepiej odpowiadał gustom "współczesnej widowni". Autorki słusznie uznały, że najlepszą metodą na przywrócenie gatunkowi dawnego blasku jest powrót do korzeni. Dlatego też "Zanim się pojawiłeś" to film na wskroś klasyczny, skrojony z wysokiej jakości materiałów, ze smakiem i wyczuciem. Relacja miłosna zbudowana została na bazie przeciwstawnych charakterów. Will (Sam Claflin) jest przystojnym, bogatym, wyrafinowanym młodzieńcem, który żył pełną piersią na wszystkich kontynentach. Lou (Emilia Clarke) jest prostą dziewczyną, naiwną, otwartą, która nie wie, ile do zaoferowania ma szeroki świat. Połączył ich okrutny los. On jest sparaliżowany po wypadku. Ona straciła pracę i desperacko poszukuje nowego płatnego zajęcia. Zostaje więc jego opiekunką.

Fabularnie "Zanim się pojawiłeś" nie oferuje żadnych zaskoczeń. I nie taki cel postawiły sobie autorki filmu. Ich działania skoncentrowane są na tym, byśmy polubili, a może nawet pokochali, dwoje bohaterów. Byśmy zignorowali wtórność fabuły i dali się porwać uczuciu, jakie na naszych oczach rozkwita. I to działa. Sharrock postarała się, by zdjęcia, kostiumy, scenografia tworzyły na wpół magiczny klimat. Wykazała się też bezbłędnym wyczuciem tego, kiedy należy dodać odrobinę humoru, a kiedy wskazane jest wyciskanie z widzów łez. Reżyserka gra na naszych uczuciach w taki sposób, że chętnie poddajemy się manipulacji.

Oczywiście wysiłki Sharrock na niewiele by się zdały, gdyby pomiędzy dwójką odtwórców głównych ról nie było "chemii". Ta jest jednak namacalna w każdej scenie. Clarke zaraża widzów entuzjazmem i optymizmem tak, że będziemy jej kibicować, kiedy spróbuje wyciągnąć przykutego do wózka bohatera na świeże powietrze, na koncert czy na wypasione wakacje. Claflin zaś doskonale wciela się w jakże typowego dla brytyjskiej kultury melancholika-fatalistę, który nawet w obliczu największego szczęścia nie potrafi zapomnieć o tym, co utracił. Niejedna osoba patrząc na to, jak bardzo rozdarty jest on pomiędzy bólem egzystencjalnym a miłością do niepoprawnej optymistki, będzie czuła nieodpartą chęć wyciągnięcia ręki i pocieszenia go, ochronienia go przed mrokiem, w jakim pogrąża się jego dusza.
I właśnie w tym zawsze tkwił sekret najpopularniejszych melodramatów: w umiejętności przekonania widzów, by zaangażowali się emocjonalnie w oglądaną historię. Autorkom "Zanim się pojawiłeś" udało się to w stu procentach. Co jednak nie zmienia faktu, że jest w tym filmie element sprawiający, że niektóre osoby będą czuły dyskomfort. To wątpliwe przesłanie filmu, które bezpośrednio wiąże się z faktem, że bohater nie cierpi na chorobę śmiertelną, a "jedynie" na chorobę nieuleczalną. Nie chcę wchodzić w szczegóły, by nie psuć filmu tym, którzy nie znają literackiego pierwowzoru, powiem więc tylko tyle, że to rozróżnienie jest kluczowe w typie melodramatu o takim zakończeniu, jakie oferują autorki filmu. Mam wrażenie, że Moyes dokonała złego wyboru. I dla wielu jej decyzja może okazać się przeszkodą nie do przejścia. Jeśli jednak potraficie wybaczyć autorce drogę, po której każe kroczyć bohaterom, to przekonacie się, że jest to jeden z lepszych melodramatów ostatnich lat.

Marcin Pietrzyk

„WRÓBLE”

2015 Warszawski Festiwal Filmowy - Nagroda dla najlepszego filmu

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria Rúnar Rúnarsson.

Scenariusz Rúnar Rúnarsson.

Zdjęcia Sophia Olsson.

Muzyka Kjartan Sveinsson.

Atli Oskar Fjalarsson – Ari

Ingvar Eggert Sigursson – Gunnar

Kristbjörg Kjeld – Babcia

Rade Šerbedžija – Tomislav

Rakel Björk Björnsdóttir – Lára

Valgeir Skagfjör – Bassi

 

O FILMIE

Matka Ariego postanawia wyjechać z nowym mężem do Afryki. Syna wysyła na północ, pod opiekę ojca, choć ci nie widzieli się od sześciu lat. Teraz właściwie muszą poznać się na nowo. Nie jest to proste, a ojciec niczego nie ułatwia. Bardziej od syna interesuje go alkohol i nieustanne balangi. Zdołał już zresztą stracić na to rodzinny majątek. Położona nad fiordami prowincjonalna dziura, do jakiej trafił Ari to miejsce jego dzieciństwa. Niewielu jego znajomych z tamtego czasu tu zostało, ale jest ta najważniejsza osoba, którą darzył największą sympatią, Lara. Dziewczynę ucieszył powrót Ariego, a jego ponowne spotkanie z nią po latach. Ale co z tego, kiedy Lara związana jest teraz z zaborczym Einarem.

W sekwencji otwierającej „Wróble” widzimy jasne sklepienie kaplicy, słyszymy wysokie głosy nastoletnich chłopców. Ari, jeden z chórzystów, ma sarnie oczy, jest cichy, zamknięty w sobie. Jego matka wyjeżdża w długą podróż do Afryki, a że nie może go zabrać ze sobą, Ari opuszcza Reykjavik i jedzie do dawno niewidzianego ojca. Na miejscu spotyka też kochającą, stęsknioną babcię oraz przyjaciółkę z dzieciństwa Lárę. Teraz, gdy są już nastolatkami, patrzą na siebie inaczej – zazdrosny chłopak Láry natychmiast to zauważa.

 „Wróble” Rúnara Rúnarssona to historia inicjacji – opowieść, na którą czyhały liczne pułapki: pułapki mocnych kontrastów, podręcznikowych, a przy tym wyzbytych niuansów i autentyzmu rozwiązań scenariuszowych. Jest bowiem wrażliwy chłopak, który śpiewa w chórze, i jego szorstki w obyciu ojciec; syn chętnie pomaga babci w drobnych pracach, rozczula go widok przymilnej foki.

A do tego jeszcze te muzyczne zainteresowania i wzruszenia przyrodą na samotnych spacerach. Ojciec ma za to ciężką fizyczną pracę, kuter i strzelbę, która przyda się, gdy Ari będzie przechodził test na siłę i bezwzględność. Inicjacja musi objąć jeszcze pierwszą śmierć i żałobę oraz pierwszy seks – i tak jest we „Wróblach”. Ale Rúnarsson nie podąża utartą ścieżką.

Reżyser niespiesznie opisuje niewielkie miasteczko na północy kraju, gdzie po pracy w przetwórni ryb spędza się całe wieczory przed telewizorem i pije bez umiaru. A jednocześnie oszczędnie dawkuje brzydotę i smutną żałość mieszkańców tego miejsca, jakby wierzył, że nie jest ono całkiem stracone. Dostrzega w nim wyjątkową urodę, dostojeństwo, może nawet duchowość. Zamknięte w czystych kadrach krajobrazy przypominają strzeliste katedry – potężne, długie, zacienione korytarze wychodzą w końcu na mocne światło.

Nie ma w tym spojrzeniu przesady, nachalnego estetyzowania, jest za to spójna wizja, wizja należąca chyba do Ariego: samotnego, zagubionego, łatwo ulegającego uniesieniom i szukającego pocieszenia. Ludzie, którzy go otaczają, mają w sobie natomiast jakąś kruchość, bezbronność i mimowolnie lgną do niego. Tym, którzy go nie znają, a podsłuchali, jak śpiewa w ukryciu, podoba się jego głos. Inni pojechali nawet kiedyś specjalnie do miasta, by usłyszeć koncert jego chóru, choć przyznają się do tego jedynie bez świadków.

Dlatego znamienne wydają się sceny, w których ojciec Ariego  – charakterystyczny przedstawiciel miasteczka – ogląda programy talent show, raz zerkając na nie niby to obojętnie, innym razem bezlitośnie krytykując ich uczestników. Mniej lub bardziej zdolni usiłują w nich przezwyciężyć własne słabości i ograniczenia, romantyczni i sentymentalni tańczą i wyznają sobie uczucia. Mieszkańcy miasteczka też przecież marzą, ale nie chcą się przyznać, o czym.

Ari szybko, w dramatycznych okolicznościach zostanie zawłaszczony przez świat, w którym rządzą marazm i niespełnione tęsknoty, przemoc, beznadzieja. W końcowych, najbardziej poruszających – a przy tym oszczędnych – scenach, chłopiec staje się nie tylko biernym świadkiem tragedii i upadku. Od tej pory ciążyć będą nad nim wstyd i odpowiedzialność za rzeczywistość, na którą dotąd się nie zgadzał.

Dominika Bierczyńska, Wróble, „Kino" 2016, nr 8, s. 80

 

 „ŚMIETANKA TOWARZYSKA”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria  - Woody Allen

scenariusz - Woody Allen

Zdjęcia - Vittorio Storaro

Scenografia - Santo Loquasto

Kostiumy - Suzy Benzinger

Montaż - Alisa Lepselter

Kristen Stewart - Vonnie

Jesse Eisenberg - Bobby

Blake Lively - Veronica

Steve Carell - Phil Stern

Corey Stoll - Ben Dorfman

Parker Posey - Rad Taylor

O FILMIE:

Nowa komedia romantyczna napisana i wyreżyserowana przez Woody’ego Allena. Jest to już 46. film tego twórcy. Akcja rozgrywa się w latach 30. ubiegłego stulecia, a jej tłem są modne kluby nocne, eleganckie przyjęcia i malownicze zakątki Nowego Jorku i Los Angeles. O popis najwyższej klasy aktorstwa, jak zwykle u Allena, zadbała plejada znakomitości. A wśród nich m.in. nominowani do Oscara i Złotego Globu – Jesse Eisenberg („The Social Network”) i Steve Carell („Foxcatcher”), jedna z najpopularniejszych aktorek młodego pokolenia, nagrodzona Cezarem Kristen Stewart („Zmierzch”) oraz Blake Lively („Wiek Adaline”), Corey Stoll („O północy w Paryżu”, „Ant-Man”, seria „House of Cards”), Anna Camp („Służące”) i Parker Posey („Nieracjonalny mężczyzna”). „Śmietanka towarzyska” otworzyła 69. edycję festiwalu filmowego w Cannes.

Bobby (Jesse Eisenberg) jest wrażliwym romantykiem z Bronxu. Licząc na spełnienie marzeń o wielkiej karierze, wyrusza w podróż do Los Angeles, gdzie zaczyna pracę u swojego wujka Phila (Steve Carrell) – agenta topowych gwiazd Hollywood. Na miejscu poznaje piękną sekretarkę Vonnie (Kristen Stewart). Chłopak bez pamięci zakochuje się w dziewczynie, nie wiedząc jeszcze, że ta znajomość wywróci jego życie do góry nogami.

Kolejne lato filmowe jak zwykle oznacza pojawienie się nowej komedii Woody’ego Allena, który pracuje z regularnością szwajcarskiego zegarka. Naprawdę można mu pozazdrościć energii, tym bardziej, że niedawno skończył osiemdziesiąt lat. A przecież oprócz reżyserowania Allen do wszystkich swoich filmów pisze również scenariusze, bierze udział w różnego rodzaju przygotowaniach przedprodukcyjnych, a po zakończeniu zdjęć aktywnie uczestniczy w promocji każdego nowego tytułu.

Wydawać by się mogło, że przy tak ekspresowym tempie pracy reżyser musi działać na skróty i powielać zużyte już kiedyś schematy. W trakcie oglądania „Śmietanki towarzyskiej” rzeczywiście można czasami mieć poczucie konceptualnej wtórności, ale w sumie zabawa jest przednia. I nie tylko zabawa. Do każdej humorystycznej sytuacji Allen świadomie dodaje kroplę dziegciu, jednoznacznie sugerując, że słodycz życia nie istnieje w oderwaniu od mroczniejszych aspektów egzystencji.

Tym razem przenosimy się do Nowego Jorku i Hollywoodu lat trzydziestych ubiegłego stulecia. W twórczości Allena rzadko pojawiają się tytuły z akcją rozgrywającą się w dwóch różnych miastach, ale tu jest ku temu szczególny powód. Bohaterem ekranowej historii jest bowiem Bobby (Jesse Eisenberg), młody, niepewny siebie nowojorski Żyd, który marzy o karierze w przemyśle filmowym. Pewnego dnia porzuca więc rodzinny biznes jubilerski i wyjeżdża ze wschodniego wybrzeża Ameryki do słonecznej Kalifornii, żeby tam doświadczyć spełnienia bliżej nieokreślonych marzeń. Wbrew pozorom, nie jest to aż tak szalony pomysł, albowiem jego wuj (Steve Carell) zajmuje wysokie stanowisko w jednym ze studiów filmowych, a więzy krwi wszak zobowiązują.

O ile rzeczywistość hollywoodzkiego showbiznesu nie do końca okazuje się dla Bobby’ego rajem na ziemi, to życie romantyczne przynosi mu dużo większą satysfakcję. Krótko mówiąc, zakochuje się. Obiektem jego westchnień jest Vonnie, urocza, inteligentna sekretarka (Kristen Stewart), która w tygodniu pracuje w biurze wuja, ale w weekendy chętnie zabiera Bobby’ego na lokalne eskapady. Początkowo ich związek rozwija się spontanicznie, jednak z czasem pojawia się poważna przeszkoda w postaci tajemniczego narzeczonego dziewczyny. W tym momencie film zmienia ton, odchodząc od lekkiej komedii romantycznej w kierunku bardziej melancholijnego a później wręcz gorzkiego trójkąta miłosnego.

Jak łatwo się domyślić, postać Bobby’ego stanowi w dużej mierze alter ego autora filmu. Eisenberg nawet nie stara się ukrywać odnośników do osoby Allena. Styl wypowiedzi, ogólna neurotyczność postaci, ciągłe odwoływanie się do żydowskich korzeni – to wszystko znamy bardzo dobrze z wielu wcześniejszych dzieł amerykańskiego twórcy. Zapewne na początku kariery filmowej reżyser sam chętnie zagrałby tę rolę. Własną obecnością ekranową mógłby wtedy dodatkowo zaakcentować osobiste rozczarowanie hollywoodzkimi realiami i kontrastującą z tym satysfakcję z życia na Manhattanie.

Ekranowy Bobby również wraca w nowojorskie pielesze i z bratem gangsterem otwiera nocny klub. Życie toczy się dalej. Trudno powiedzieć czy dla niego lepiej, czy gorzej, ale na pewno inaczej. Co ciekawe, Allen rozwija dalszą część scenariusza ścieżką wytyczoną wiele lat temu przez Krzysztofa Kieślowskiego. W miejsce Vonnie, której imię było zdrobnieniem od Veroniki, w sferze zainteresowań Bobby’ego pojawia się inna piękność o tym samym imieniu. Czysty przypadek?

Oczywiście, „Śmietanka towarzyska” stara się eksponować wątki nie polskie, a głównie żydowskie. To charakterystyczny element wielu filmów Allena, służący między innymi rozlicznym potrzebom autoterapeutycznym reżysera. Tym razem dowcipy z żydowskiego kręgu kulturowego są szczególnie znaczące. Wśród nich jest wiele takich, na które w dobie politycznej poprawności pewnie nie pozwoliliby sobie inni twórcy. W całym filmie pojawia się dużo żydowskich postaci i są one bardzo różne, od nowojorskich handlarzy i przestępców po przedstawicieli środowiska akademickiego i wygadanych hollywoodzkich producentów. Wszystkie, bez wyjątku, mają jakieś widoczne przywary.

Jak sugeruje Allen, w latach trzydziestych na scenie muzycznej niepodzielnie królował jazz. Takie podejście autora do przeszłości nie powinno nikogo dziwić, bowiem od lat gra on na klarnecie w zespole jazzowym i jest wielkim orędownikiem tego gatunku muzyki. Kiedy Bobby chce zaimponować ukochanej, parokrotnie zabiera ją do małego klubu jazzowego ze świetną muzyką i przytulną atmosferą. Nikt, kto posiada choćby odrobinę wrażliwości, nie może się oprzeć tej magii. W filmie jazz jawi się zarówno jako muzyka uniesień, jak i refleksji, tworząc swoiste zwierciadło dźwiękowe pełnej gamy ludzkich uczuć.

Na uwagę zasługują również zdjęcia autorstwa włoskiego mistrza światła, Vittoria Storaro, dla którego jest to pierwsza współpraca z Allenem. Na pewno fundamentalne znaczenie dla faktury filmu ma odpowiednio stworzony kontrast wizualny pomiędzy Kalifornią i Nowym Jorkiem. Jednak bodaj jeszcze większą rolę pełni w filmie optyka kameralnych przestrzeni, w których poruszają się poszczególne postacie, przekazując widzom emocje w bezpośredniej, niewerbalnej formie.

Allen głęboko wierzy, że prawdziwe uczucia, zwłaszcza miłość, nigdy całkowicie nie zanikają. Między innymi właśnie o tym opowiadał w „Annie Hall” prawie czterdzieści lat temu i to również sugeruje dziś w „Śmietance towarzyskiej” nowemu pokoleniu kinomanów.

Zbigniew Banaś, Śmietanka towarzyska, „Kino" 2016, nr 08, s. 69